Brama Podświata

Wiosną roku 254 ery Odrodzenia Bartoch Niezłomny dotarł wreszcie do strażnicy Krehlor. Na Trupich Skałach panowała jeszcze zima, ale od południa powoli napływały masy ciepłego powietrza. Dzień był mroczny, pochmurny, choć niezbyt zimny. Silne porywy wiatru miotały na zmianę deszczem, gradem oraz śniegiem.

Grodzisko usytuowane było wysoko na zboczu Pękniętej Góry, tak że całkowicie blokowało dostęp do znajdującej się powyżej jaskini. Wokół rozciągał się widok na tonący we mgle krajobraz nagich, poszarpanych turni. Na zboczach góry karłowate rośliny wciąż przykrywała gruba warstwa śniegu a daleko w dole sterczały niczym igły maleńkie z tej odległości drzewa. Jeszcze niżej dno doliny wyścielał dywan świerkowego lasu.

Zakonnik pchnął ciężkie skrzydło bramy, po czym wszedł na dziedziniec osady. Omiótł bystrym spojrzeniem opustoszały majdan i zamarł. Przypuszczał, że napotka tu właśnie taki widok, lecz nie przewidział skali okrucieństwa.

Wicher wył w szczelinach palisady, targając strzępami ubrań na gnijących zwłokach. Trudno było znieść odór rozkładającego się mięsa, uparcie przylegającego do pogruchotanych kości. Bartoch nie wiedział, czy wiszący na palankinie nieszczęśnicy zmarli z zimna, głodu czy od okrutnych ran. Wolał tego nie wiedzieć.

Wiatr ustał na chwilę, a słońce przebiło się przez rozdartą zasłonę chmur. Ostre światło jeszcze wyraźniej odsłoniło mrożący krew w żyłach widok. Kilkadziesiąt ciał — głównie mężczyzn — od tygodni służyło za pożywienie dla dzikich zwierząt. Wśród nich zakonnik dostrzegł także kobiety i dzieci.

— Boże mój — jęknął, zaciskając powieki. — Gdzie ty jesteś? Ileż jeszcze cierpienia ma spaść na twój lud?!

Słońce ponownie przesłoniły mroczne, skłębione opary i całe wzgórze spowiła ponura poświata. Wiatr na nowo uderzył z impetem w opustoszałe kamienne budowle. Lunął deszcz, który błyskawicznie przeszedł w śnieżną zamieć.

Bartoch dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że ani potężna brama ani drewniana palisada nie nosiły żadnych śladów walki. Jak więc napastnicy zdołali zdobyć tak dobrze ufortyfikowaną osadę. Zaskoczyli załogę? A co robili strażnicy? Otwarta brama? Czyżby zdrada?

Mnich minął posępne mury po czym skręcił w kierunku bocznej bramy. Stamtąd do czarnej paszczy jaskini prowadziły strome, wykute w skale schody. Mówili, że schody te niewiele były młodsze od samego Podświata.

Poruszał się powoli. Na plecach dźwigał ciężki wór, a pokryte warstwą zlodowaciałego śniegu stopnie groziły upadkiem przy każdym kroku. Gdy był już wysoko, przystanął i spojrzał za siebie, na upiorny gród. Znał wielu spośród tych ludzi. Tak, byli zdrajcami, lecz od lat potrafił jakoś się z nimi dogadać. Wszystkie strony korzystały na tym układzie.

Kto więc ich wyrżnął i ozdobił trupami drewniany palankin? Czy zrobili to Oświeceni? Było to możliwe. Wiedział, że nawet Oświeceni zdziczeli ostatnimi czasy. Nawet oni dopuszczali się karygodnych czynów. Przemawiało za tym jeszcze jedno. Zabicie załogi grodu Krehlor było poważnym ciosem wymierzonym w Łowców. Przynajmniej tych z rejonu Trupich Skał. Łowców, którzy dniami i nocami polowali na Oświeconych.

W końcu, zziajany, dotarł na szczyt schodów i ostrożnie wszedł do wnętrza jaskini. Miejsce to nazywano Bramą Podświata albo Bramą do Miasta Kości. Miasto Kości było fragmentem Podświata leżącym w rejonie Trupich Skał.

W głębi stosunkowo płytkiej groty znajdowała się ziejąca czernią dziura. Był to blisko dwustumetrowy szyb, którym strażnicy bramy opuszczali na linach zaopatrzenie dla łowców. Wielokrotnie opuszczali też Bartocha.

Zakonnik zaklął pod nosem, widząc, że mordercy rozkradli wszystkie liny. Zdjął bagaż z pleców, po czym rzucił go w otchłań. Worek runął w czeluść i zniknął w mroku, a potem nastała cisza. Cisza tak długa, iż Bartoch z zafrasowaniem podrapał się po brodzie. Dopiero po dłuższej chwili z głębiny dobiegł głuchy, niepokojąco cichy łoskot.

Zakonnik uniósł kącik ust w geście, w którym było tyleż odwagi, co drwiny z własnego rozsądku, a następnie wykorzystując przerażająco płytkie wydrążone w litej skale otwory, powoli zanurzył się w głąb góry.